Po ostatnich, niekorzystnych  zawirowaniach wokół silników wysokoprężnych, coraz więcej osób szukających oszczędnych aut, kieruje się w stronę hybryd. Wybór, jeszcze do niedawna wydawał się dość prosty, bo auta tego typu oferowało raptem kilka marek, a wśród nich prym wiodła pionierska, pod tym względem, Toyota. Ale szybko okazało się, że i wśród aut hybrydowych zaczęło tworzyć się coś na kształt segmentów (nie tylko wśród wersji nadwoziowych), szczególnie jeśli chodzi o układ napędowy.

Pierwsze, masowo produkowane auto hybrydowe wprowadziła na rynek, pod koniec lat dziewięćdziesiątych  ubiegłego wieku, Toyota i był to model Prius. Pod względem technicznym, stał się swego rodzaju definicją, tego co dziś rozumiemy pod pojęciem hybryda. A zatem: pod maską znajdziemy dwa silniki:  elektryczny oraz benzynowy. Co istotne te dwa motory mogą pracować niezależnie od siebie. Toyota nazwała ten system HSD (Hybrid Synergy Drive). A więc Priusem można było jeździć jak autem elektrycznym, wykorzystując prąd zgromadzony w akumulatorach, albo jak normalnym autem benzynowym, gdzie silnik elektryczny pełnił jedynie rolę „wspomagacza” np. podczas przyspieszania czy ruszania. Istotna była tu rozdzielność tych dwóch źródeł napędu, dająca realne korzyści w postaci zaoszczędzonego paliwa, kiedy jechaliśmy wolno (np. w korku) korzystając tylko z elektryczności.

Inną drogą podążyli inżynierowie Hondy. Na pierwszy rzut oka ich system IMA (Integrated Motor Assist) wygląda tak samo jak w Toyocie. Tutaj także mamy dwa silniki: spalinowy oraz elektryczny. Jednak, w odróżnieniu od konstrukcji Toyoty, pracują one zawsze razem. A więc nie ma tu możliwości pokonania części drogi wyłącznie na „elektryku”. Później (w latach 2000), Honda dokonywała kilku zmian w tym systemie, ale jedna cecha pozostała niezmienna, aby silnik elektryczny mógł pracować, motor spalinowy musiał również pracować.

Jeszcze inną koncepcję na hybrydę zaprezentował koncern General Motors. W 2009 roku w Genewie zaprezentowano nowe podejście do tematu aut hybrydowych a może, precyzyjniej można by powiedzieć, elektrycznych, pod postacią Opla Ampery (oraz jego bliźniaka Chevroleta Volt-a). Spory co do tego, z jakiego typu mamy do czynienia autem, wynikają z kilku rzeczy. A zatem mamy na pokładzie dwa silniki (elektryczny oraz spalinowy), co wskazywało by na hybrydę. Jednak silnik benzynowy nie napędza kół! Służy on jedynie do generowania prądu i ładowania baterii. W momencie premiery owego Opla, w słownikach motoryzacyjnych pojawiło się pojęcie Range Extender, bo tak GM określał rolę silnika spalinowego, stawiając go na drugim miejscu po motorze elektrycznym. Ampera mogła przejechać na zasilaniu akumulatorowym ok. 80 km, po tym dystansie załączał się silnik spalinowy pracujący jako generator prądu. Mimo, iż sam producent określa Amperę jako auto elektryczne, to jednak bardziej zasadne wydaje się zaliczenie jej do grona hybryd, ze względu na obecność dwóch motorów w aucie i jednak konieczność tankowania benzyny (czego nie wymaga np. elektryczna Tesla).

Napędy hybrydowe powoli przenikają też do świata aut terenowych, czy właściwsze byłoby nazwaniem ich uterenowionymi. W takich autach napęd elektryczny służy zwykle do napędzania osi tylnej. Po za tym działa jak klasyczna toyotowska hybryda. Możemy jechać albo tylko na prądzie albo tylko na silniku spalinowym albo na obu napędach razem. Co ciekawe zmienia się wówczas charakterystyka prowadzenia auta (w co prawda małym zakresie prędkości ale zawsze). Jadąc tylko na prądzie auto staje się tylno napędowe, jadąc tylko na benzynie – jedziemy autem przednio napędowym a korzystając z obu napędów na raz mamy auto 4x4. Oczywiście dopóki wystarczy nam prądu w baterii. I to wydaje się  być największą wadą tego typu aut. Gdy wjedziemy w teren, może się okazać, że już z niego nie wyjedziemy do zabrakło prądu. Tego typu auta możemy znaleźć w ofercie np. europejskich producentów jak Peugeot (modele 3008 oraz 508 RXH) oraz Lexusa (model Rx 450h).

Ciekawym i ostatnio modnym rozwiązaniem jest możliwość podładowania swojej hybrydy. Takie modele są oznaczane jako Plug-In. Rozwiązanie to zostało przejęte z aut stricte elektrycznych i jest bardzo wygodne, o ile mamy gdzie podłączyć się do ładowania. Pozwala ono też wydłużyć czas jazdy na samych bateriach i dzięki temu przez dłuższy czas odciążyć silnik spalinowy z funkcji ładowania akumulatorów. Rozwiązania tego typu oferuje m.in. Toyota czy Mitsubishi.

Jak widać świat aut hybrydowych jest bardzo bogaty i każdy powinien znaleźć auto z odpowiednim układem dla siebie. Pozostaje jedno otwarte pytanie: jak długo hybrydy pozostaną na naszych drogach i czy i kiedy będą w końcu musiały ustąpić miejsca autom elektrycznym.