Chyba każdy to zna. Jedziecie samochodem do centrum miasta, żeby załatwić kilka spraw i zaczyna się polowanie na wolne miejsce parkingowe. Krążycie, krążycie i wreszcie jest! Ktoś wyjeżdża! Szybko podjeżdżacie i… okazuje się, że wasz kompakt, który do tej pory wydawał się całkiem niedużym samochodem, „urósł” do rozmiarów co najmniej Cadillaca Eldorado i choćbyście nie wiem jak manewrowali to i tak nie mieścicie się na wolnym miejscu. Poirytowani cofacie i przeklinając pod nosem gabaryty posiadanego auta a zapewne i władze waszego miasta, które przecież „powinny zapewnić wystarczającą ilość miejsc do zaparkowania”, jedziecie szukać szczęścia gdzieś dalej. No cóż nie Wy pierwsi i zapewnie nie ostatni znaleźliście się w takiej sytuacji. Liczba samochodów rośnie, a ilość miejsc do parkowania już niekoniecznie. Ale wyobraźcie sobie, że może być gorzej. O ile, przy odrobinie dobrej woli, w większości przypadków, da się jeszcze wytyczyć nowe miejsca postojowe, tak są miejsca na ziemi gdzie nie da się po prostu fizycznie tego wykonać. Ten problem dotyczy Japonii. W tym malowniczym kraju, położonym na zaledwie czterech dużych wyspach (i szeregu mniejszych) zwyczajnie nie ma gdzie dalej poszerzać swojego terytorium, nie wspominając już o „marnowaniu” cennego gruntu na takie fanaberie jak parkingi. Do tematu władze postanowiły podejść z innej strony.

Po drugiej wojnie światowej, Japonia – podobnie jak inne kraje biorące w niej udział – borykała się z wieloma problemami ekonomicznymi ale przede wszystkim transportowymi. Większość mieszkańców była uboga; straciła swoje majątki podczas wojny i przeciętna rodzinę stać było na zakup co najwyżej motocykla. Problem pojawiał się gdy pojazd ten miał służyć do przewozu tej familii wraz z jej dobytkiem. Tu pomimo swoich zalet motocykl mógł nie wystarczyć. W połowie 1949 roku, rząd Japonii zaprosił do siebie przedstawicieli przedsiębiorców zajmujących się budową różnych maszyn i zlecił im budowę pojazdu mającego posłużyć przeciętnej rodzinie a do tego pojazd ów miał zabierać jak najmniej cennego miejsca. Projekt ten nazwano Kei-car (kei-jidōsha) co oznaczało dosłownie „lekki samochód”. Określono przy tym jedynie ogólne paramenty jakie taki pojazd musi spełniać. Głównym założeniem miała być niska cena. Kolejne zakładały m.in. maksymalne wymiary w jakich producenci muszą się zmieścić (początkowo było to 2800 mm długości, zaledwie metr szerokości i 2000 mm wysokości). Określono też maksymalną pojemność silnika jaką mógł dysponować pojazd. Było to 150 cm³ dla silnika czterosuwowego i 100 cm³ dla dwusuwowego. Co ciekawe nie wyznaczono maksymalnej mocy tych silników. Po wielu próbach i budowie kilku prototypów, producenci doszli do wniosku, iż nie są w stanie sprostać założeniom rządowego pomysłu. Poprosili więc władze o korektę i uzyskali podwojenie pojemności skokowej silników. Zaczęły powstawać pierwsze jeżdżące prototypy. Co istotne projekt kei-car dotyczył nie tylko aut typowo osobowych. W jego ramach powstawały najróżniejsze pojazdy użytkowe jak ciężarówki, furgony czy pickupy. Na przestrzeni kolejnych lat zmiany w programie dotyczyły głownie zwiększania pojemności silników. Działo się tak, aż do połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy po raz pierwszy od powstania idei kei-cara zwiększono dopuszczalne wymiary auta (odpowiednio do 3200 mm, 1400 mm, wysokość pozostała bez zmian). Przy okazji ponownie zwiększono pojemność silnika (do 550 cm³). W latach dziewięćdziesiątych XX w. nadal powiększano kei-cary, aż do prawie 3,5 m długości i blisko 1,5 m szerokości. Dziś mogą być napędzane jednostkami o pojemności 660 cm³, lecz teraz ograniczono ich moc do ok.64 KM. Potrzeba określenia mocy maksymalnej pojawiła się pod koniec ubiegłego wieku wraz z rosnąca popularnością różnych rozwiązań umożliwiających podnoszenie mocy silników bez zwiększania ich pojemności (m.in. turbosprężarki itp., co za tym idzie to Japończykom należy się palma pierwszeństwa w dziedzinie tak dziś modnego „downsizingu”).

Oczywiście takie wymiary (dość powiedzieć, iż typowy przedstawiciel najmniejszego segmentu A w Europie, Vw up! liczy sobie 3,54 m długości a jego silnik ma blisko litr pojemności) i silniki nie mogą robić wrażenia na europejczykach czy tym bardziej rozkochanych w potężnych V-ósemkach  amerykanach, ale dla poruszających się w ciągłym korku Japończyków takie auta są idealne. Dodać do tego należy, iż praktycznie każde z nich jest bogato wyposażone. W zasadzie nie trafia się egzemplarz bez skrzyni automatycznej lub zautomatyzowanej. Często auta mają nawigację oraz rozbudowane systemy multimedialne a ostatnio także napęd hybrydowy.

W Japonii zakup kei-cara wiąże się także z licznymi udogodnieniami dla jego posiadacza. Jednymi z najważniejszych są ulgi w ubezpieczeniu czy podatku. Inna zaleta posiadania tego typu pojazdu to brak konieczności (w większości dużych miast) przedstawienia zaświadczenia o posiadaniu lub wynajmie miejsca parkingowego (które jest wymagane w przypadku zakupu większych aut, nawet tak „dużych” jak np. Toyota Yaris). Dziś w zasadzie wszyscy japońscy producenci mają w swojej ofercie kei-car, niektórzy nawet po kilka modeli. Kei-car stanowi idealny przykład tego ile można osiągnąć, gdy władze współpracują z przedsiębiorcami ustalając jedynie ogóle warunki i dając im wolną rękę na rozwój projektu.

Powstaje jedno pytanie: czy dziś w Europie, gdy miasta coraz bardziej się korkują a znalezienie miejsca parkingowego często zaczyna przypominać szukanie igły w stogu siana, idea kei-cara nie przyjęła by się i u nas? Wydaje się, że jest wiele znaków mówiących o tym, że tak. Ostatnio coraz większą popularnością cieszą się auta z automatyczną skrzynią, które są wygodniejsze podczas jazdy miejskiej. Rośnie także popyt na auta z segmentu A. No i mamy wreszcie nasz, pierwszy rodzimy, „europejski kei-car” w postaci Smarta, który doczekał się już trzeciej generacji. Ale czy jesteśmy gotowi poświecić styl (bo cóż… europejskie gusta różnią się od azjatyckich a kei-cary od początku przedkładały funkcjonalność nad styl) dla praktyczności? Chyba jeszcze nie. Ale gdyby taki mały samochodzik zaprojektowała np. Alfa Romeo, to kto wie…